sobota, 18 czerwca 2011

Stroje z rozdziału 6

Ale jestem głupia :P:P Totalnie zapomniałam o strojach, które chciałam załączyć do postu 6. Wybrałam je z pośród stron modowych i blogów. Od tego postu będę je załączać do większości rozdziałów. Te dwa są oba niesamowite. Proszę was tylko o jedno. Rozumiem, że każdy ma inny gust. Mój naprzykład polubił te outfity. Więc jeśli one wam się niepodobają, powstrzymajcie się od obraźliwych komentarzy ok? Proszę was o to teraz bo wiem jak czasem u różnych ludzi jest. Wiem bo czytam wiele blogów. Te z ciekawymi opowiadaniami możecie zobaczyć w lewej kolumnie. Wszystkie są super i nie zmarnujecie czasu czytając je. Teraz dodaję outfity:
* Strój Juliett do pracy:
źródło: http://www.lookbook.nu/


* Strój Juliett na imprezę:

źródło: absolutnie niesamowita polska blogerka modowa Alice http://www.alicepoint.blogspot.com/
 
To by było na tyle :D Jak wam się podobają?  Do zob!
!! Za 4 dni koniec roku !! Będę za wami tęsknić moja cudowna klaso! ;(
 
P.S. Nowy rozdział już się tworzy w Worldzie, a za niedługo dodam nowy nagółwek! Tak tak jeszcze nowszy :D
 
xoxo
Wikerss

niedziela, 5 czerwca 2011

2 w 1, czyli jak zepsuć sobie weekend.

Dzień dziecka za nami!! Hulajj duszoo! :D ha ha coś mnie na to zdanie wzięło. Postanowiłam podzielić się z wami moimi niezużytymi pokładami pozytywizmu i napisać nową notkę. Jak pewnie zauważyliście wprowadziłam na blogu zasadnicze zmiany. Nagłówek wiem, ozimnił klimat ale jestem zmienną osobą. Cytat pochodzi z jednej z moich stałych pozycji na playliście i co ciekawe z 2 postu. Pamiętacie piosenkę którą Julie słuchała gdy wybierała się do szkoły? Tak to ta :) Hymn hipisów zagościł na moim blogu. Mam jeszcze sporo pomysłów na urozmaicenie tych pustych bocznych kolumn ale to jeszcze małe iluzje. Od tego postu zmieniam również temat rozdziałów. Zamiast smętnego numeru rozdziału będą widniały słowa streszczające najważniejsze wydarzenia w poście. Np. gdy post byłby o gradzie wielkości jajek i soku bananowym nazwa była by czymś w stylu "Jajkowa rewolucja i bananowy shake" :D ha ha ale te tematy mocno odbiegają od tematu książki. Dodatkowo w bocznej kolumnie dodałam zdjęcia i opisy głównych bohaterów. Tak wiem, wiem to znani aktorzy, modelki itp. Ale wolałam wybrać kogoś znanego niż byle jakie lachony z Google a potem mieć krótko mówiąc przesranee. I błagam bez komentarzy typu” o Ian Ian, o Nina,Nina!” poprostu wybieram ich próbując choć troche urzeczywistnić moje wizje ich wyglądu. Posługuję się również tym jak ich sobie wyobrażam pod względem m.in. takim, jaka jest ich „atrakcyjność” (;D). Więc np. (nie zabijać nie zabijać!) Nina jest ładna ale bez szału nad tym zdjęciu wiec tak mniej więcej wyobrażam sobie wizerunek Kim. A Vanessa której nie trawię ma dla mnie taką twarz że Rebbecca z niej po prostu wyśmienita! Acha i jeszcze jedno. Od razu mówię: nie jestem fanką Pamiętników Wampirów! Po prostu czytałeś jak wybieram więc sam chyba logicznie rozumujesz :D P Przechodzę do posta.. Ale ale jeszcze dedyk! Hmm,hmmm... może tym razem.....a już wiem. Obietnica na wagę złota. Ten post dedykuję Danielowi mojemu kolejnemu kuzynowi :) Żeby dalej wysadzał jakieś rzeczy w starych szafkach i pisał ze mną i Marcinem ogłoszenia o sprzedaży cielaka :) ha ha :P Okss teraz post..



2 w 1 czyli jak zepsuć sobie weekend
W naszej szkole prowadzono zajęcia psychologiczne. Najlepszy w nich był nauczyciel, pan Gordon Larrel, gdyż do złudzenia przypominał Hagrida z "Harrego Pottera". Oczywiście, że nie mam nic do ludzi większych gabarytów, ale dobieranie długiej brody i krzaczastych włosów do masywnej budowy ciała daje efekt raczej kloszardowy. Ale dla zrównoważenia naszych uwag na temat tych zajęć Pan Gordon prowadził je fajnie. Nie był jak większość stereotypowych nauczycieli. Na jednej z lekcji rozmawialiśmy o mowie ciała. Podobno "stać jak słup soli" można różnie odbierać. Można stać nieruchomo ze strachu. Ciało się wtedy spina a każdy ruch pokazuje jak wielki jest nasz strach. Stawanie prosto, nieruchomo może też oznaczać pewność swojej racji. Gdy 100% zapewnienie o prawidłowości swojej teorii rozchodzi się po całym ciele, usztywnia je na znak wyższości. No i wkońcu to trzecie odbieranie tej znajomej metafory. Można stać jak słup soli gdy coś nas zaskoczy, speszy czy "odbierze mowę". Wbrew opiniom, ta postawa jest mi znana. W tym momencie chyba nawet zbyt znana.
Mama stała jak słup soli w trzecim tych słów znaczeniu. Gapiła się na mnie jak baran którego widziałam we wakacje u mojej babci na wsi. Stała tak i stała. W końcu wreszcie wyjąkała:
- Jul o czym ty do jasnej ciasnej mówisz?! Coś ci chyba strzeliło do tego brązowego łba. Zapewne gdybyś nie przyjaźniła się z Kim nie znałabym go.
- Och przestań marna z ciebie aktorka. – mama ciągle opowiada jaka to ona nie była wspaniała grając w liceum w sztuce opartej na „Rzymskich wakacjach” księżną Annę. Błagam, niby ona miałabyś tak dobra jak moja ukochana Audrey Hepburn? Ona za to przecież dostała Oskara! Mama mogła by dostać za to co najmniej złotą malinę.
- Słuchaj Jul, ja muszę iść do pracy więc mówię to ostatni raz. Niewiem co ci strzeliło do tego brązowego łba, ale..
- Wiesz co mi strzeliło, to mi strzeliło, to zdjęcie mi strzeliło!!! – wyjęłam z torby pogniecione zdjęcie – dowód. Tak, tak zwędziłam je od Kim. Tak, tak ona o tym nie wie. Tak, tak jestem zła, spokojnie, bywa i tak.
Chociaż wzięłam absolutnie minimalną liczbę atrybutów, które w mocnym zaokrągleniu stanowią ok. 50% tego co potrzebuję do spędzenia nocy gdziekolwiek i ile tych nocy by niebyło, (Ale no cóż, usiłowałam się zmieścić do mojej torebki Aleksandra Wanga.  Kocham ją odkąd ją kupiłam, a była ona pierwszym zakupem na całkowicie moje, zarobione przeze mnie pieniądze. ) nie mogłam się doszukać tej fotki. Wreszcie, po długich a ciężkich odnalazłam ją gdzieś na dnie, pod kosmetyczką.
Szybko wysunęłam je, odwróciłam pozaginane rogi i podsunęłam mamie pod sam nos. Dosłownie. Mama złapała je i odsunęła od twarzy. Wyrwała je mi z rąk i z dziwnym wyrazem twarzy zaczęła je dokładnie przeglądać oczami.
- Matko Julie, nawet nie wiesz jak mi serce skoczyło. Ty wbiegasz do domu z jakąś straszna nowinką a tu zwykłe zdjęcie. Bawisz mnie, kotku. Muszę lecieć do pracy bo Steve mnie zabije.
- Czekaj. – złapałam mamę za rękę i przyciągnęłam ją powrotem do siebie. – Czy ty naprawdę nie widzisz tej kobiety?
- Owszem widzę.
- Kurde i co? Nigdy w lustro nie patrzyłaś?
- Jul, patrzyłam muszę iść spóźni…
- I? Własnej twarzy nie poznajesz? – byłam totalnie zdziwiona.  Albo mama siebie nie poznawała albo my z Kim się pomyliłyśmy i to nie jestem ja a to nie jest mama? Może ten kocyk jest używany i mama kupiła go w szmaciaku za dolara?
- Jeju Julie, mamy takich zdjęć w domu co najmniej 5. Co jest w nim dziwnego powiesz mi bo nie do końca rozumiem tej twojej afery.
- Mamo, kurcze, to ja??
- Nie wiesz, moje stare dziecko. Błagam Jul nie bądź dziecinna.
- Mamo to jest tat.. ojczym Kim. Co on do jasnej cholery tu robi bo nie obczajam tego????!!- ja nie mówiłam już tak spokojnie. Byłam widocznie podenerwowana.
- Przestań, gdyby nie wasza przyjaźń nawet bym go nie znała. Znowu coś ci strzeliło…
- To niby kto to jest co?
- Ee..- mama zająkała się co może oznaczać tylko jedno: TO MUSI BYĆ ON! – mój kolega ze studiów, Keith Fisher. Błagam nie mów że go nie pamiętasz, moja stara miłość…wiesz, zresztą musze lecieć paa będę późno. A nie zapomnij o zaproszeniu!
- Aha..o. To inna spra.... Co o jakim znowu zaproszeniu?! Co ty pleciesz?
- Och Jul, już zapomniałaś? Dziś osiemnastka Paul’a! Chyba nie opuścisz takiego ważnego dnia dla twojego kuzyna? – O masakra… Znowu wlec się do New Jersey… o nie mogę.. 
- Pojadę pojadę…
- Na lodówce masz kasę, kup mu coś przyzwoitego..
- Tak, chyba wódę.
- Osiemnastka to osiemnastka..
- Ja dostałam wino
-  Kup mu coś i tyle.. lecę paa!
- Idź już, bo się spóźnisz, no pa pa!! – mama wybiegła z domu i złapała taxi.
Westchnęłam głośno i weszłam po schodach do swojego pokoju. Rzuciłam z hukiem torbę i opadłam na łóżko. Sięgnęłam po zegarek ze stoliczka przy łóżku. Matko już 12.00! Za godzinę muszę być pracy! A potem do domu i do Paula… właściwie gdzie ma być ta osiemnastka? Wątpię ażeby wuj Carlos i ciocia Gertrude pozwolili mu na domówkę. Z nie chęcią wstałam z łóżka. Odpaliłam laptopa i wyjęłam telefon z iPhona i wybrałam kontakt „Paul G.”. Kliknęłam opcję „wyślij wiadomość”. Napisałam:
„Hej, Paul. Gdzie właściwie ma być to twoje party?”
Nie wysilałam się specjalnie z treścią. Nawet na to nie miałam siły. Zbiegłam na dół do kuchni. Zajrzałam do garnka. Taakk! Spaghetti! Przynajmniej tyle! Nałożyłam sobie dość sporą ilość makaronu i sosu. Miałam nadzieję, że przynajmniej to doda mi sił. Zabrałam talerz widelec, szklankę soku i ściereczkę. Wróciłam powrotem do pokoju. Mój telefon piszczał na znak nowego sms’a. Oczywiście takowy był od Paula:
„Yo J. Dziś od 20.00 w „Black Cat” w New Jersey na Pace Street. Zabawa przez całą noc! Nie będziesz jedyną Nowo Jorką. Do zob J.”
Przynajmniej jest metro pod Pace Street. Nie będę musiała się wlec na drugi koniec New Jersey.
Rzuciłam telefon i zaczęłam rozkoszować się Bolognese. Rozkosz jednak nie trwała długo. Zaniosłam talerz na dół i wbiegłam do mojej mini-garderoby. Wybrałam outfit do pracy. Zmieniłam wcześniejszy z dwóch prostych powodów:
1.      Słońce tak świeciło, że mało co a była bym smaczną kiełbaską
2.      Ubrudziłam spodnie i koszulkę Bolognese.
  Przepakowałam się do czarnej torebki i wyszłam z domu. Na szczęście do H&M miałam niedaleko. Podchodziłam właśnie pod Starbucksa przy którym był H&M. Zazwyczaj mi to nie przeszkadzało, ale dziś dla odmiany tak. Dlaczego? Bo miał w nim zmianę Luke. Widziałam go wyraźnie przez szklane ściany i nie miałam wątpliwości – TO BYŁ ON! Tylko jak przejść niezauważoną koło szklanych drzwi na wprost niego? No cóż, to nie był czas na namysł. Przeszłam szybkim krokiem obok ścian ii… jest, niezauważona!! Juhuuuu!! Weszłam do H&M. Już od progu witały mnie cudowne ciuchy. Podeszłam do kas.
- No jesteś młoda. Już myślałam, że się spóźnisz. Kayce dostałaby chyba białej gorączki. – to Mariah, również pracowała w H&M. Ma zaledwie 21 lat a nazywa mnie dziecko. To tylko 2 lata różnicy! Niektórzy musza chyba się dowartościowywać. Nie żebym jej nie lubiła! Jest całkiem spoko, choć nie rozumiem dlaczego podjęła pracę właśnie w H&M. Dlaczego? Bo jest Gotką. Nosi masywne glany, długie suknie, i tragicznie obciskające gorsety wyszywane podobiznami czaszek. Często gdy ubieram się mocno hipisowsko (w końcu jestem hipiską niee?) ludzie śmieją się widząc nas przyjaźnie rozmawiające.
- Ehh.. nawet nie mów, że jest dziś w pracy. Miałam nadzieję urwać się wcześniej. Musiała przyjechać nas sprawdzić dokładnie dzisiaj? Kurde ja to mam szczęście.
- Co ty taka nie w sosie?
- Byłam w sosie. Nawet Bolognese, tylko zmieniłam koszulkę.
- Wiesz o co mi chodzi.
- Szkoda gadać. Dosłownie. Najchętniej walnęłabym się na łóż….
- Madison przyszła? Dajcie mi tu tą… Jesteś wreszcie! – to była Kayce, nasza szefowa. Jestem ciekawa co powiedziałaby gdybym jeszcze dochodziła.- Mam dla ciebie pierwsze zadanie. Leć do Starbucksa bo cappuccino. Chcecie coś jeszcze? – nie nie nie! Mogę lecieć nawet do Waszyngtonu byle nie do Starbucksa!
- Ja właśnie miałam….
- Nie gadaj tylko idź. – nalegała Kayce
- Ehh…- mus to mus. Tylko durny mus! – Coś jeszcze?
- Ja też cappuccino! – krzyknęła Mariah
- I Donuty! Najlepiej czekoladowe.
- Idę..- Wyszłam z H&M. Podbiegłam pod Starbucksa. Prawie przekroczyłam próg ich szklanych ścian. Wzięłam głęboki oddech. Wciągu ułamka sekundy przed oczami przebiegł mi namiętny pocałunek Luka i Rebbeccki. A już prawie o nim zapomniałam. Dobra idę. Na pewno mnie wtedy nie widział. Nie ma nawet takiej opcji.
Uchyliłam lekko szklane drzwi. Niestety Luke dalej miał zmianę. Kurcze mógłby iść na przerwę. No cóż. Jedziesz Jul. Jedziesz!! Weszłam. W tych godzinach Starbucks miał spory ruch. Były dwie kolejki. Jedna, króciutka do Luka. Stały w niej może 3 osoby. I druga, długa do jakiegoś gościa. Zgadnijcie w której stanęłam. Wybraliście drugiego gościa? Bingo! Przede mną było jakieś 10 osób. Stałam tak i stałam. Oglądałam ludzi biegających w pośpiechu po Times Square. Nagle moją zadumę przerwał cudowny, aksamitny, męski głos. Niestety znany mi.
- Jul? To ty? – i zdemaskowana. Blada dupa!
Odwróciłam delikatnie i nieśmiało głowę w jego stronę. Na domiar złego puściłam uśmiech w stylu „ Jestem głupia i mam zatwardzenie słowne”.
- Hej, chodź do mnie nie ma sensu czekać aż Phil wykona te wszystkie zamówienia. – Niechętnie przeszłam do jego kolejki.
- Nie wstąpiłaś po szkole. Zapomniałaś o piątkowych muffinowych party? – nie pytać! Dobra, przed wczorajszym niemiłym widowiskiem z Lukiem i Rebbeccką w rolach głównych mieliśmy z Lukiem nasz hmm.. jak to nazwać.. piątkowy obrzęd. Nic wielkiego, siadaliśmy po szkole przy stoliku w Starbucksie i wcinaliśmy muffiny, które on dostawał za darmo co piątek jako pracownik. Wiem zapewne wyglądaliśmy jak parka. Ale czego się nie robi dla starbucksowych muffin!
- Emm.. szłam do Kim. Przepraszam powinnam ci wcześniej powiedzieć.
- Spoko, zjadłem je z Damonem. – ta, pewnie z Rebbeccką. – Więc co dziś?
- Ee.. dwa cappuccino jedno z cukrem drugie bez, latte macciatto z mleczkiem i donuty zestaw duży.
- O.. coś większego.
- Do pracy
- A, to co innego. Się robi. – Luke puścił mi ten jeden z uśmieszków na który łapała się każda dziewczyna którą obsługiwał.
Nie minęły 3 minuty w przyniósł mi całe zamówienie.
- Dzięki.. Emm.. to..cześć.
- Do potem! – obróciłam się i.. stanęłam jak wryta na środku Starbucksa. Do potem? Dziwne.. Jak.. kiedy… co … Nieważne. Coś mu się pomyliło i tyle.
Wróciłam szybko do H&M. Moja dzisiejsza zmiana przebiegła zaskakująco szybko. W sobotę mamy spory ruch, ale godziny otwarcia są krótkie. Była 16.30. Do końca zmiany zostało mi 30 minut. Gdyby udało mi się wyrwać już teraz doszłabym do domu, potem przebrała się, wybrała i ruszyła metrem do New Jersey. Metro wyjeżdża spod najbliższej mojemu domowi stacji o 17.45. W dobrym wypadku byłabym na miejscu ok. 18. 45. Spokojnie zdążyłabym kupić mu prezent i być na czas na imprezie. Gdybym jednak nie wyrwała się wcześniej a mój poślizg wynosiłby aż 30 minut wtedy, byłoby dużo gorzej.
- Mariah…
- Nie zastąpię Cię. Widzisz jaki jest ruch. Nie dam rady obsługiwać Tylu klientów w duecie z początkującą Jessicą.
- Proszę, musze jechać do New Jersey jeszcze dziś. Jeśli zaraz nie wyjdę, spóźnię się na metro.
- Weźmiesz taxi.
- Nie przelewa mi się aż tak aby brać taxi do New Jersey.
- Nie ma nawet takiej mowy. Zapomnij.
- Mariah, błagam. Błagam!
- Eh. Masz u mnie wielki dług.
-Dzięki wielkie dzięki! Lecę
- Idź już, odrobisz to pół godziny kiedyś, nie bój się.
Wybiegłam z H&M, i pędem dobiłam do domu. Zajęło mi to mniej czasu niż przypuszczałam. Przynajmniej mam więcej czasu na dobranie outfitu. Wyciągnęłam ciuchy, rzuciłam w mojej ubikacji  i wskoczyłam pod zimny prysznic. Jak cudownie! Dziś dzień był wyjątkowo gorący.
Wyszłam z kabiny, wytarłam się, i doprowadziłam do ogólnego ładu. Wchodząc z powrotem do pokoju spojrzałam na zegarek na laptopie. 17.30!!! Mam 15 minut do metra! Chwyciłam torebkę i wybiegłam z domu jak oparzona.
Do stacji metra miałam jakieś pół kilometra. Podeszłam zwartym krokiem. Na szczęście zdążyłam, nawet byłam przed czasem. Wsiadłam i zajęłam miejsce, miałam przed sobą kawał drogi.
Kochałam metro za jedną, jakże ważną rzecz. Jest kopalnią, indywidualności, ciekawych innych osób. Ja kocham oryginalne osoby. Dzisiaj na przykład, obok mnie siedział jakiś Got. Zdecydowanie pasowałby do Mariah. Miał na sobie wielkie, masywne martensy, czarne luźne spodnie spodnie podziurawione i pospinane agrafkami, pomiędzy, którymi gdzie niegdzie naszyta była czaszka lub jakiś gotycki znaczek. Na górę ciała włożył   Wielką koszulkę z logo Korn’u i czarny, skurzany płaszcz. Przede mną siedziało dwoje ludzi. Kobieta i mężczyzna. Kobieta była widoczną artystką. Długie kręcone włosy, upięte delikatnie kolorowymi wsuwkami, długa sukienka w esy floresy, baleriny, i półcienna torba w blokiem i ołówkami. 100% artystka. Zato facet,  był elegancikiem. Spodnie dokładnie uprasowane, koszula włożona w spodnie, nienaganny krawat i marynarka. Nawet nie mówię o butach. Lśniły tak, że mogłam się w nich przejrzeć. Wokół mnie było jeszcze kilka osób. Moją uwagę przykuł wysoki brunet w wieku mojej mamy. Siedział tyłem do mnie, trzymał na kolanach aktówkę i czytał New York Times’a. Wydawał mi się znajomy. Ale widziałam go od tyłu, zresztą nie wyróżniał się niczym specjalnym. Po prostu skądś go znałam  i tyle. Modliłam się żeby odwrócił się, lub wysiadł żebym mogła zobaczyć kto to. Ale on siedział i siedział. Dojeżdżaliśmy powoli do mojej stacji. Zaczęłam wstawać. Ku mojemu zdziwieniu to samo zaczął robić ten facet. Złożył gazetę, wsunął ją do aktówki, złapał do ręki marynarkę i wstał z krzesła. Metro stanęło. Drzwi otwarły się a ja wysiadłam jako pierwsza. Stanęłam na stacji, patrząc się kątem oka kto wysiada. Grzebałam w torebce dla niepoznaki. Wreszcie wysiadł i facet. Nie, nie…. Co..?.. Stanęłam jak wryta w brudne płytki stacji. Upuściłam torebkę. Wypadły klucze, chusteczki, pomadka, telefon i jakieś inne pierduły. Nie miało to dla mnie teraz najmniejszego znaczenia. Nawet ich nie pozbierałam. Gapiłam się i gapiłam. Na faceta. Na Richarda Collinsa. Na Richarda Kurta Michaela Collinsa. Ojczyma Kimberly Collins, mojej najlepszej przyjaciółki. W ekspresowym tempie zabrałam torebkę i podeszłam pod kiosk. Ukrywałam się za jego ścianką obserwując z ukrycia Richarda. On wyjął telefon i wybrał jakiś numer. Patrzyłam na niego nie przerwanie.
- No hej. To ty dalej masz mój numer? No poco dzwonisz? – Richard z kimś rozmawiał. Tylko z kim?? – Przestań panikujesz. Znalazła jedno zdjęcie, wielkie halo. Poza tym uwierzyła w twoją bajeczkę. – nie wierzyłam własnym uszom. Nie chciałam. To co słyszałam było niewiarygodne i szokujące. On może rozmawiać tylko z jedną osobą, z moją mamą. – Madeline, nie mogę teraz rozmawiać –kolejny dowód, że to moja mama. W końcu ona ma na imię Madeline! – oddzwonię, wtedy opowiesz mi wszystko spokojnie, jeszcze raz.  Pa.
Richard schował telefon do kieszeni i odszedł w swoją stronę. Ja stałam przy kiosku oszołomiona. Wzięłam głęboki oddech. Musiałam sobie wszystko racjonalnie poukładać. Ruszyłam na miasto. Ekspresowym tempem przeszłam przez galerię handlową. Kupiłam mu jakiś tam zestaw baseball’owy. Niewiem co to dokładnie było, każdym razie od lubię baseball. No i jak to na osiemnastkę Jacka Daniellsa. No cóż, wreszcie może pić.
Teraz zmierzałam już prosto do Black Cat. Droga nie była długa. Dość często bywam w New Jersey więc już trochę się obeznałam. Klub z zewnątrz był bardzo ładny. Zresztą  w środku też brzydki nie był. Ściany czarne, podłoga też, meble miały za to neonowe kolory. Wszędzie błyskały się neony, kolorowe lampy i ogólnie ktoś kto to urządzał, ma gust. Od progu powitał mnie Paul:
- Hej J. I jak?
- No super. Masz tu prezent. Zdrowia, szczęścia, niezłego dorosłego życia i wgl, wiesz o co chodzi. Nie umiem składać życzeń
- Wiem, hahahahaha. Rozgość się. Za ladą możesz zostawić torebkę. Aha, pamiętasz jak mówiłem, że nie będziesz jedyną Nowo Jorką dziś?
- No
- Więc, patrz kto też jest. Znamy się od niedawna. Chodzimy razem na baseball. – nagle jakaś czarna postać wstała z kanapy na znak Paula. Im bliżej była tym dokładniej ją widziałam. Teraz gdy była obok mnie, dokładnie wiedziałam kto to jest. Choć wolałabym raczej niewiedzieć.
- Hej Jul. Znowu się widzimy. – i po raz kolejny aksamitny bas gładził moje uszy. Tak. To on, Luke. Głowę miałam schyloną. Wolałam nie patrzeć mu w oczy.



Ta daammm! Tworzyłam go strasznie długo. Ale przynajmniej teraz nie piszcie, że jest za krótki. Hahaha :D Do zob, już mam pomysły na następny.   

sobota, 23 kwietnia 2011

Happy Easter!

Tak, tak, wiem, wiem jestem okropna. Dodaje posty praktycznie co miesiąc. Nie będę się tłumaczyc przygotowaniami do świąt bo znacie zapewne tę sytuację. Często przebegała mi przez głowę myśl, że powinnam usunąć tego bloga. Jednak że jest kilka osób dla których chcę to robić. No i takie które po usunięciu by mnie ogoliły na łyso (tak tak o tobie Olka :D) :) haha :) Myślę jednak że nieźle zaczęłam pisać i szkoda było by to spieprzyć. Ale ale teraz nie czas na moje refleksje rodem z telenoweli wenezuelskich. Przecież już jutro święta!!! Poświęciliście jedzonko? Jak ja to kocham! To gotowanie, ustrajanie, świętowanie no i powiem wam że w pewnym sensie sprzątanie :) Przynajmniej dzięki słoneczku trzepanie dywanów przynosi więcej frajdy niż zwykle :P A już jutro najpyszniejsze śniadanko w roku!! Dla mnie to nie byle co bo ci którzy znają mnie osobiście wiedzą że jestem niepochamowana gdy jestem głodna :) hahaha :D A więc życzę wam napewno dużo cierpliwości bo znając moją częstotliwość w postowaniu to wam się przyda, dobry wzrok bo pościki trzeba czytać nie ? :) Szczęście bo ponurych na blog nie wpuszczam! :) Zdrowie bo lepiej czytać bloga w domu a nie w szpitalu. Wygrania w totka bo kupicie sobie wtedy jakis wypasiony komputer i odrazu czytanie postów będzie milsze. No i wkońcu spełnienia wszystkich marzeń bo to w życiu najważniejsze :) A i jak mogłabym zapomnieć mokrego dyngusa! Zlejcie ciotke, mame, tate, rodzeństwo (lub jak w moim przypadku wójka :D już planuje zamach!) i wgl całą rodzinkę (nie zapomnijcie o sąsiadach! :D). To by było na tyle. Jedzcie jaja, pijcie żurek i czytajcie mojego bloga. Lece oglądac ten walnięty film na TVN "Ile waży koń trojański?". Przynajmniej poznam PRL'owskie klimaty :D
P.S. Kto wygrał Bitwe na głosy? Nie oglądam tego ale i tak stawiam na Mlynkową.

piątek, 11 marca 2011

Rozdział 5

Sory po raz kolejny za długą przerwę. Te podania, testy i wgl zawał w szkole na łeb na szyję..Ale jestem naładowana pozytywną energią dzięki cudownemu komentarzowi pod rozdziałem 4 :) Chciałabym dedykować ten post mojemu gościowi iguni12.97 :)Dzięki za miłe słowa. Postaram się nie zepsuć tego co już stworzyłam :D Więc zaczynam.


Rozdział 5
                 Z natury hipisi są dość spokojni. Bardzo dosłownie. Czasem nawet zbyd dosłownie. Z reguły społeczeństwo nie rozumie ich, uważa za wyżutki na starych śmieciach normalności. Przynajmniej w Nowym Jorku. I przynajmniej dla hipisów. Ja, hipiska coś o tym wiem. Czasem myślę, że nawet za dużo. No taki John Lennon, co on takiego zrobił ludziom? Czy aż tak niektórych uraziło jego pozytywne wyobrażenie świata w piosence Imagine? Zero pozytywnego myślenia. ZERO! Choć teraz, niejestem od nich o niebo lepsza.
               Przez czarną warstwę zaczęły przebijać się złociste promienie słońca. Niechętnie przetarłam zaspane oczy i przysiadłam na łóżku. Kątem oka spojrzałam na śpiącą Kim. Nie miałam serca jej budzić. Wiele wczoraj przeszła. Ma bardzo lekkie nerwy i każda nawet najmniejsza sprawa zawsze leży jej mocno na sercu. A już napewno spekulacje, iż jej tata...Sami wiecie co. Poprostu szkoda gadać. I tyle. Delikatnie wstałam żeby przypadkiem jej nie obudzić. Włożyłam stopy w kapcie i bezszelestnie podeszłam do torby z ciuchami, które wczoraj jednym ruchem wydarłam z szafy jak opażona. Sama właściwie nie patrzyłam co biorę. Okazało się, że do mojej ręki dotarły czarne legginsy, koszulka z koncertowym zdjęciem The Beatles, szary sweter i chusta w panterkę. Trzeba mieć wyczucie żeby bez zastanowienia skompletować całkiem niezły zestaw.
                Wzięłam ubrania, kosmetyczkę i na palcach przeszłam przez cieńką, błękitną zasłonkę dzielącą pokój Kim z jej łazienką. Żuciłam ciuchy na dywanik i przemyłam twarz zimną wodą jak to robie codzień rano na przebudzenie.Wzięłam szybki prysznic, umyłam zęby, ubrałam się i biorąc piżamę pod pachę ruszyłam spowrotem w stronę sypialni. Szybkim ruchem odłożyłam rzeczy do torby, gdy nagle usłyszałam głos za moimi plecami.
- Ja w to nie wierzę. - to była Kimberly. Siedziała na łużku ocierając zaschłe łzy. Podeszłam do niej, przysiadłam obok, a ona położyła mi głowę na ramieniu. - Tata by mnie nie okłamał.Wiem przecież, że to nie jest mój tata, ale on był z nami odkąd pamiętam.- To prawda. Prawdziwy, biologiczny ojciec Kim zginął w wypadku jadąc do jej mamy do szpitala, która była dzień po jej urodzeniu. Tragiczna historia. Chociaż właściwie, ja też chciałabym wiedzieć więcej o moim tacie niż to, że zginął w wypadku nim wogule zdążyłam go zapamiętać.Choć teraz właściwie nic nie trzymało się już kupy. - Powinnam się go zapytać.
- Nie! Kimi poczekaj jeszcze trochę! Lepiej nie dzielić się tym z nikim. - mówiłam właściwie  mimowolnie. Sała chciałam się dowiedzieć prawdy. Jak najszybciej. Ale rozsądek mówił mi że tak będzie lepiej. Przynajmniej dla Kim, bo dla mnie nie zabardzo. - Może wszystko się wyjaśni nim zdązymy kiwnąć palcem.
- Czymś to ja zaraz kiwnę jak nie okaże sie że to wszystko to nie jest zły sen.
- Niestety nie kochana to nie jest żaden koszmar. Ale kiwianie nikim ani niczym tu nie pomoże. Musisz uzbroić się w cierpliwość.
- Mówisz jak automatyczna sekretarka gdy dzwoniłam bo telefon mi się zaciął. - była widocznie podminowana. I okazywała to mocno pomimo iż zawsze chamowała się na tyle na ile potrafiła w danej sytuacji.
- KIM! Uspokuj się! Przesadzasz! Naprawdę musisz przystopować!
- Chyba masz rację..
- Nie chyba tylko napewno. Narazie zachowuj się jakby nic nigdy się nie stało. Wynik sprawy wyjdzie w praniu
-No ja myślę. Pozatym tata wyjechał na delegację. Wraca na dwa tygodnie. - Odetchnęłam z ulgą. Oczywiście we wnętrzu. Bo szczerze mówiąc bałam się zostawić Kimi sam na sam z ojcem. Napewno nie wytrzymałaby. Nie żebym w nią nie wierzyła ale znam ją dość dobrze by sądzić że mogło by stać się inaczej.
                          Wstałam i spojrzałam na zegarek na którym jak byk pisało 11.23. Pisnęłam jak kura i żuciłam się w stronę torby.
- Muszę lecieć. Byłam pewna, że jest wcześniej. Mam na 13.00 do pracy, a chciałam jeszcze wstąpić do domu. - Nienawidziłam moich sobotnich zmian. Nawet jeśli byłam w galerii do tego w moim ukochanym H&M. W sobotę mamy zawał klientów. A jednak siedzenie od 13.00 do 16.00 nie należało do moich 10 ukochanych czynności nawet jeśli kiedykolwiek miałabym skompletować tę listę.
- Julie czekaj! - obejrzałam się w stronę Kim. Podawała mi tusz który upuściłam. - Zadzwoń pa!
- Pa! - żuciłam i wybiegłam łapiąc pierwszą lepszą taksówkę. Na moje nieszczęście trafiłam na facedta w podeszłym wieku, który w kółko i w kółko puszczał piosenkę country z której można było wyłapać tylko "Tam ti dadi dadi dadi bum bum jjjiihaa!". Na moje kolejne nieszczęście podróż do domu dłużyła się  niemiłosiernie, a gdy już wyszłam tuż przed drzwiami do domu w głowie bębniały mi strzały i rżenie konia. Zgadnijcie z jakiej piosenki?
                       Rekordowo szybko wygrzebałam w torebce klucz i przekręciłam go. Na ganku jak zwykle witały mnie obrazy impresonistyczne mojej mamy (kryzys wieku średniego) i meble celowo postarzone. Na białym stoliku leżały zdjęcia. Między innymi mojej mamy na plaży z jakimiś półnagimi ratownikami (niepytajcie) oraz moje i Kim. Nagle w mojej głowie rżenie konia zdominował szloch Kim. Niewiem dlaczego ale jednyne co czułam to myśl bijąca się w moim mózgu jak bokser na ringu. "Zapytaj się! Zapytaj się! Zrób to dla Kim!!"
- Hej Julie! Jak było?- żuciłam te słowa mimo uszu. Dalej słyszałam tylko to dziwne namawianie - Haloo!? Julie jesteś ?? - mama wyszła na ganek i spojrzała na mnie.
- Mamo czy kiedykolwiek łączyło cię coś z tatą Kim? - wypowiedziałam to. WYPOWIEDZIAŁAM TO! Mimowolnie i spontanicznie. Mama stała jak wryta gapiś się na mnie pytającym wzrokiem.


Ahh.. To tyle :) Mam nadzieję że sie podoba :D Do zob kochani!

wtorek, 15 lutego 2011

Rozdział 4

Znowu długa nieobecność. Przepraszam was. Drugi dzień szkoły dziś, a ja przez ferie nic nie napisałam! Dziś postaram się to nadrobić. Jak zauważyliście zmieniłam wygląd bloga. Nie wiem jak wam ale ten bardziej mi podchodzi :P Jest weselszy XD Znalazłam to zdjęcie i gdy je zobaczyłam coś mnie kopnęło mówiąc "Daj to na bloga!" ;) No i prosze voilla. Post nie za długi, ale mam nadzieję ciekawy :P Nim zacznę chciałabym dedykować ten post mojemu kuzynowi :) Wspomniałam o nim w prologu 3 rozdz. Obiecałam, że mu zadedykuję więc dotrzymuję słowa.


Rozdział 4
Odkąd pamiętam przyjaźnie się z Kim. Poznałyśmy się w przedszkolu, gdy wychowawczyni nakrzyczała na mnie za zmoczenie się w spodnie, a Kimberly stanęła w mojej obronie. Od tamtej pory jesteśmy nierozłączne. Zawsze kochałam u niej nocować. Wygłupiamy się, my na jej konsoli Wii w zwariowane gry, przeglądamy cały nakład Vogue'a, Glamour i Elle z 4 ostatnich miesięcy, oglądamy ukochane filmy i wyjadamy całą zawartość jej lodówki zostawiając jedynie sok z dyni i serki "Lousbet" pana Richarda. Ale dziś było inaczej. Nie mogłam się skupić na niczym. Nawet w grze "Dancing championship" tańcząc na matach, w której zawsze pokonuję wszystkich. Gdy Kim poprosiła mnie o zrobienie popkornu w mikrofalówce spaliłam go na amen, przez nieuwagę nastawiąjąc go zamiast na 3 minuty to na 10 minut. Przez 15 minut usuwałyśmy swąd spalenizny z jej kuchni. Wciąż przed oczami miałam wizję Luka i Rebbecki całujących się pod drogerią Sephory na Times Square. Czy to była zazdrość? Nie gdzie tam. Żeby być zazdrosnym trzeba kogoś kochać prawda? A ja do Luka nic nie czułam. Nic a nic. Ktoś mówi Luke ja mówię kto. Ale coś mnie przebiegło. Wtedy gdy na nich patrzyłam poczułam dziwną falę. Bardzo dziwną.
Muszę wreszcie o tym zapomnieć.
Kim podeszła do mnie i zapytała:
- Ej Jul dobrze się czujesz ? Bo normalnie nie spalasz mi mikrofalówki. Co się stało? Gadaj ale już. - Przed nią nic niedało się ukryć. Powiedzieć nie powiedzieć? Kim to moja najlepsza przyjaciółka ale z drugiej strony jeśli powiem jej cosię stało będzie wysuwała hipotezę iż fala była oznaką zazdrości i bólu, co oznacza.. sami wiecie co, a ja nie miałam już siły ani ochoty walczyć z tą falą. Poprostu powiem i tyle.
- Wtedy.. Wtedy kiedy staliśmy na światłach... widziałam... - Ja nie mówiłam. Ja dukałam. Czy to oznaka aby zostawić to dla siebie? Wątpię. Więc dukałam dalej.- Luka..Luka całującego się z ...z.. - To było jak zatwardzenie słowne. Każdy wyraz był trudny do wypowiedzenia ale ten ostatni, to imię nie chciało ze mnie wyjść za żadne skarby. - Rebbeccą
Kim zamurowało. Dosłownie i w przenośni. Siedziała na barowym krześle przed ich ladą kuchenną jak pomnik. Na twarzy miała "Poker face". Trudno było w tym odczytać zdziwienie, szczęście, strach czy nawet zakłopotanie. Wreszcie po jakichś 5 minutach grobowej ciszy powiedziała:
- Co? Niewierze. Poprosu nie wierze. Nie przyjmuję do wiadomości tego iż ona Rebbecka Lessterson całowała się z Lukiem Perrstonem.
- No to lepiej uwierz. Ale najgorsze jest uczucie którego wtedy doznałam. - Opowiedziałam jej dogłębnie i ze szczegółami wszystko o dziwacznej fali. Ku mojemu zdziwieniu nie pisneła słówka o zadurzeniu. Wysunęła zato bardzo kuszącą propozycję.
- Słuchaj jest wiele wyjść. A może poprostu przewidziało ci się? Zapomnijmy o tym . Przynajmniej do jutra.
- Może masz rację. Możę to ktoś inny poprostu przypominający Rebbeckę? Nie rozpamiętujmy już tego tylko cieszmy się weekendem.
- Dokładnie. Chodź, obejrzymy "Grease" - Kimberly pociągnęła mnie za rękę i zaprowadziła do jej pokoju. U niej oglądałyśmy film. Choc oglądałąm ten film po raz 234 i pomijając iż znam go na pamięć i tak go kocham. Zresztą tak jak pozostałe, które wypożyczyłyśmy. Po "Grease" przyszedł czas na "Pulp Fiction" potem na "Flashdance który okazał się być całkiem fajny, a na końcu "Dirty Dancing". Gdy rozbrzmiewał końcowy utwór "The time of my life", a my wyjadałyśmy 4 popcorn usłyszałyśmy wołanie:
- Hej dziewczyny chcecie moje omlety a'la richardson?- to tata Kim. Osobiście kocham jego omlety. Za każdym razem nam je robi i dalej je uwielbiam.
- Ja z grzybami i serem! A ty Jul?
- Standard, ser szynka pomidor!!
- Już się robi. - Nie dość, że pan Richard robi najlepsze omlety to jeszcze robi je w przeciągu 2 minut a zawsze są dopieczone. Ahh.. Razem z Kimi delektowałyśmy się przysmakami jej taty. Gdy nagle zadzwonił telefon pana Richarda. On akurat wynosił śmieci. Kim pobiegła po telefon i przyniosła Richardowi. Wracając do stołu niosła zdjęcie któremu uważnie się przyglądała.
- Jul, spójrz na to zdjęcie. - Powiedziała podając mi małe bardziej zdjątko nie zdjęcie. Spojrzałam na nie
poczym kawałek omleta utknął mi w gardle. - Gdy wyciągałam telefon to wypadło z jego portfela.- Kim spojrzała na mnie pytającym wzrokiem pełnym dziwnego lęku. Na zdjęciu był Richard przytulający moją matkę! Ale to nie było współczesne zdjęcie. Oboje byli młodziutcy mieli może 23 lata. Jeszcze bardziej przerażające było to co oboje trzymali wrękach i na co patrzyli z miłością. To było dziecko. Dziecko jak dziecko. Małe ciemne włosy. Ale było otulone kocykiem. Moim kocykiem w którym jak opowiadała mama przenosiła mnie ze szpitala. Zdjęcie było robione w szpitalu. Wszystko wskazywało na jeden potworny do pomyślenia fakt. Czy..? Nie. Napewno nie. Mama by mi powiedziała tak?
- Julie przecież my tu się wprowadziliśmy kiedy miałam 3 latka. Tata już z nami był. To niemożliwe. O co tu do cholery chodzi.
- Spokojnie Kim. Musi być racjonalne wytłumaczenie. Skąd wiesz że to ja?
- Bo tylko ty miałaś taki kocyk! Sama mówiłaś co mama ci opowiadała!
- Dobrze więc może. Ale nie mamy teraz do tego głowy. Choćmy do pokoju pujdźmy spać rano napewno wszystko się rozjaśni.
- Oby. Bo nie chce myśleć o jednym nasuwającym się scenariuszu.. - poszłyśmy do pokoju, położyłyśmy się. Słychać było tylko cichy szloch Kim...


Proszę bardzo .Mnie się podoba . Następny niebawem.

wtorek, 25 stycznia 2011

Rozdział 3

Przepraszam was kochani za długą przerwę ale brakowało mi czasu na pisanie. Na szczescie tych którzy czekali na następny rozdz. akurat choruję więc na pisanie miałam prawie nieograniczony czas. Długo myślałam nad najbliższymi perypetiami Julie i wczoraj razem z moim kochanym kuzynem wymyśliłam mnóstwo zdarzeń mniej więcej na najbliższe 20 rozdziałów :) Hahaha :) Sytuacje wymyślam z jedną żelazną zasadą. Musi być interesująco. Chciałabym stworzyć historię która byłaby książką którą miałabym ochotę przeczytać. Jedno wydarzenie powinno wpływać na drugie, jeszcze bardziej fascynujące. Okej zaczynam. Dziś rozpocznie się pierwsza z przewidzianych perypetii. Niezwykle interesująca- oczywiście według. mnie, a w końcu  o gustach się nie dyskutuje ;P Jeszcze mała sprawa. Chciałabym dedykować ten rozdział mojej niezastąpionej, kochanej, zabawnej przyjaciółce - Oli. Jest dla mnie jak Kim dla Julie. Nie przeciągam dalej tylko przechodzę do konkretów :D


Rozdział 3
Demain, c'est toute la page 56 et 57!!!! - Pani Margette usiłowała uciszyć klasę na ostanie 5 minut francuskiego. Ja byłam zajęta przeglądaniem zadania na poniedziałek. Odkąd przeczytałam "Pamiętnik księżniczki" zapisuję zadanie (i często lekcyjne notatki) w moim Pamiętniku - dzienniku. Mama kupiła mi go na mikołaja zeszłego roku próbując mnie tym samym, uwaga cytuję "Otworzyć przed samą sobą". Rozumiem, że mama próbuje alternatywnych sposobów matkowania co bardzo mi się właściwie podoba, ale niech nie zapomina o moich upodobaniach. Ale no cóż jak tu narzekać? Mama wyznaję teorię "Wszystkiego spróbuj na własnej skórze". Kiedyś gdy byłam na przyjęciu Lizzy Sanchez, której niezwykle oryginalnym, punktem kulminacyjnym była wodna fajka. Po jednym zaciągnięciu, zaksztusiłam się tak jak kiedyś w wieku 10 lat na przyjęciu ciotki Elenor jej plackiem bakłażanowym, czyli krótko mówiąc wyłam jak zapowietrzona armata.
Zadanie domowe
Fizyka - zbiór zadań strona 26-30 (!!)
Algebra - przykłady działań ze strony 45
Francuski - page 56 et 57
Angielski - opisz własne odczucia po przeczytaniu "Dumy i uprzedzenia" (min. 1 strona)
Geografia - Podręcznik strona 59 (pisemnie)
Historia - Podręcznik strona 78 zadanie 3,4,5,6,7,8
Gały mi wyskoczyły jak to przeczytałam. Nawet pan Carter od Geografii nie odpuścił. Nareszcie rozległ się długo oczekiwany dzwonek. Gdy tylko udało mi się wydostać z tej klasy absolutnie pozbawionej tlenu, wzięłam oddech pełną piersią z niezwykle pocieszającą wizją cudownego, długo oczekiwanego weekendu. Szukając oczami Kim usłyszałam dzwonek mojego telefonu. Na ekraniku wyświetlał się napis „MAMA DZWONI”. Pomyślałam, że ma przerwę i dzwoni żeby mnie poprosić o kupienie czegoś na obiad. Odebrałam.
- Julie mam prośbę – zaczęła mama. W tle słychać było jakieś głosy. Usłyszałam tylko „Z cukrem czy bez?” poczym mama znowu zaczęła – Mogłabyś iść dziś nocować do Kimberly? Chciałabym zaprosić Andrew do nas do domu. Kim na pewno się zgodzi.- Szczerze mówiąc nie byłam bardzo zaskoczona. Mama lubiła zapraszać swoich mężczyzn do domu. Nigdy jednak dla nich nie gotowała. Zawsze prosiła o to Roberta z restauracji w „Plazie”, który na jej szczęście był naszym dobrym znajomym.
- Dobra, ale nie gwarantuje, że Kim się zgodzi. Boję się, że koszykarze ją zdeptali. – Tak naprawdę nie kłamałam. Może nie koniecznie ją zdeptali, ale Kimberly jest niziutka, oczywiście nie jest to nic złego. Ja do pierwszej klasy liceum byłam jedną z najniższych. Dopiero potem zaczęłam rosnąć a  teraz jestem jedną z najwyższych dziewczyn we wszystkich 3 klasach jakie są w naszej szkole.
- Na pewno się zgodzi. Ja wrócę do domu dopiero po 16 więc spokojnie zdążysz zabrać ubrania. Muszę kończyć, Steve mnie woła. Paaa.
Rozłączyłam się. Ku memu szczęściu znalazłam Kim. Wychodziła z klasy jako ostatnia. Podeszłam do niej. Razem ruszyłyśmy w stronę drzwi wyjściowych. Idąc zaczęłam:
- Kim mam prośbę. Mama dzwoniła, chce zaprosić Andrew do domu. Mogłabym dziś u ciebie nocować?
- Świetnie! Sama chciałam cię o to zapytać. Wypożyczymy jakieś filmy, kupimy popcorn. Będzie fajnie. – To się nazywa prawdziwa przyjaciółka. Kim zawsze jest przy mnie. Za każdym razem mnie wspiera. Mogę na niej polegać.
- Spoko, tylko najpierw musimy skoczyć do domu po moje rzeczy. – Gwizdnęłam po taksówkę. – Na Upper EastSide.– Zawsze gdy wypowiadałam ten adres, czułam poniekąd dumę. Mogę szczerze mówić, że jestem bliżej mojego ulubionego serialu niż wiele innych. „Plotkara” to bezapelacyjnie najcudowniejszy współczesny serial. Kiedyś kręcono go przed ,moim domem!!!! Dalej nie mogę w to uwierzyć. Próbowałam zdobyć autograf Chace’a Crawford’a, ale odepchnął mnie jakiś gruby ochroniarz w obcisłej czarnej bluzce. Nie wzbudzał on może takich obaw jak ten kręcący się przy wielkiej arenie na której Chanel miał swój ostatni pokaz, ale nie powiem, wzbudzał dreszczyk.
W przeciwieństwie do tej porannej drogi ta ciągnęła się w nieskończoność, ale przynajmniej miałam przy sobie Kim, która opowiadała mi jedną w historii o tym jak jej tata, pan Richard zgubił telefon. Mimo iż go prawie wogule nie znałam, to dażyłam go niezwykłą sympatią. Był dla mnie często tak miły, że powracałam myślami do wypadku mojego ojca gdy miałam 2 tygodnie. Nie lubiłam nad tym rozmyślać. To był zbyt bolesny temat. Nareszcie byłyśmy na miejscu. Wbiegłyśmy do domu, spakowałam jakieś ciuchy, wzięłam dwa muffiny, które wczoraj kupiłam i razem z Kimberly ruszyłyśmy w stronę wypożyczalni filmowej „Watch and watch”, której byłam stałym klientem. Nie zastanawiałyśmy się długo. Wybrałyśmy stały zestaw, czyli „Pulp Fiction”, „Grease”, „Dirty dancing” i dla odmiany jakiś inny stary film „FlashDance”. Kim dostała telefon od ojca, który był w pobliżu i zaproponował podwózkę. Zgodziłyśmy się. Nie kazał nam długo na siebie czekać. Nim się obejrzałyśmy podjechał i powiedział:
- No, wsiadajcie moje panny. – Puścił nam jeden z jego serdecznych i tak niesamowicie przepełnionych miłością uśmiechów. Usadowiłyśmy się i ruszyliśmy. Do Kim nie było daleko. Jakieś 4 przecznice od mojego domu. W drodze pan Richard puszczał jego płytę „Dire Straits” z takimi klasykami jak „Money for nothing” czy „Walk of life”. Wyjrzałam od niechcenia przez okno. Staliśmy akurat  na czerwonym świetle. Nagle zamarłam w bezruchu. Zobaczyłam coś szokującego. Luke i Rebbeca!!!!! LUKE I REBBECA!! Tak ta Rebbeca, która jeszcze godzinę temu całowała Jack’a. Ta Rebbeca, która podczas lunchu w caffeterri spoglądała głęboko w oczy najseksowniejszego chłopaka w szkole. Gapiłam się tak na nich
 przez bite pięć minut dopóki światło nie zrobiło się zielone, a pan Richard nie ruszył.



No i co myślicie? Chyba udany tekst. Chciałabym podziękować tym którzt poświęcają te kilka naście minut na przeczytanie moich wypocin ;) Niech nasza liczba rośnie! Osiągamy nieosiągalne! :D Do następnego postu! Sajonara kochani!

wtorek, 11 stycznia 2011

Rozdział 2

Hej :) wróciłam ze szkoły pędem myśląc już nad treścią rozdz 2. I mam! Oby wam się spodobało :) A 1 rozdz? co o nim myślicie? Sądzę że to udany materiał. Ale o gustach się nie dyskutuje :)) Więc biore sie za pisanie :P

Rozdział 2
W moim radiu rozbrzmiewał "Imagine" Johna Lennona, podczas gdy ja szykowałam się do szkoły. Nie spieszyłam się. Wręcz moje tempo było wolniejsze niż zwykle. Zakładając moje conversy spojrzałam kątem oka na zegarek. Na nim wielkim krwisto czerwonym kolorem wypisane było 7.40. Krzyknęłam niczym kobieta z horroru, pędem sięgnełam po torbę i wybiegłam z domu. Mimo wcześniejszego zachowania szłam normalnym tempem. Podeszłam pod stoisko Starbucksa, pod którym jak codzień stały te same osoby. Jakaś babka z córką w koszulce Hannah Montana, Ralph Carteson z "Fast beauty", jakiś facet o wyglądzie mężczyzny z reklamy "Coler toothpaste" i Stacy z 3b. Stanęłam za Ralphem i czekałam na swoją kolej. Wkońcu usłyszałam:
- O Julie, już myślałem że zaspałaś! - To był Luke Perrston ze stoiska Starbucksa. - To co, stały zestaw?
- Hej Luke. Tak, nie zmieniam moich upodobań na dzień dzisiejszy. - Odrzekłam odbierając od niego torbę z czekoladowymi Donutsami i Latte Macciatto. Znał mnie dobrze. Wkońcu bywałam tu minimum 5 razy w tygodniu.
Odeszłam od stoiska. Spojrzałam na mojego blacckberry. Pisało na nim 7.50. Szybko gwizdnęłam po taksówkę, które wręcz biły się aby do mnie podjechać. Wsiadłam do pierwszej lepszej, podałam adres i nim się obejrzałam byliśmy na miejscu. Rzuciłam facetowi 5 dolarów i wysiadłam. Przedemną był wielki budynek z tabilcą na której pisało "George Washington high school". Widok ten był mi przeraźliwie znany. Weszłam do środka. Wokół mnie był kolejny dobrze znany widok. Żółto - Niebieskie szafki, całujące się pary, plakaty i afisze z tekstami w stylu " Go buldogs!","Vote for Lily Spacys" albo "Michael Maller 4 president". Moja szafka była dokładnie po środku korytarza. Podeszłam do niej wyłorzyłam niepotrzebne książki z torby i sprawdziłam stan mojego wyglądu w małym lustrze z "4 your house".
- Julie!!! Julie! Julieeee!! - ten lekko piskliwy głos akurat lubiłam. I dobrze znałam. Spojrzałam w prawo, a tam pomiędzy 2 metrowymi koszykarzami przedzierała się niewysoka brunetka w wielkiej koszulce Beatels'ów. Już po głosiku wiedziałam że to Kim. Moja najlepsza przyjaciółka. Gdy już dotarła do mnie powiedziała - Hejj!!
- Hej. Nie uważasz że przedzieranie się przez tych wielkoludów nie jest nieco niebezpieczne? - zapytałam z uśmiechem
- Życie to ciągłe ryzyko - odpowiedziała śmiejąc się. Właśnie za to ją lubiłam. Każdą sytuację potrafiła obrócić w żart. Ruszyłyśmy w stronę sali fizyki. - No to co tam?
- Nic. Mama idzie na randkę z Andrew z Quilly Market. Wiesz ten brunet od darmowych snikersów.
- Ouu. Czyli poszukiwań mężczyzny ciąg dalszy?
- Tak. I niestety przyznaję, że idzie jej to dużo lepiej niż mnie. Ja mogę pochwalić się jedynie tym, że Luke ze Starbucksa wie co zawsze zamawiam.
- Zawsze coś. Choć z tego co wiem niedawno zerwał z dziewczyną. Pozatym jest całkiem niezły. Do tego już po maturze. Nie widze zastrzeżeń.
- Za to ja tak. On jest tylko moim kumplem. Pozatym nigdy nie spotkałam się z nim naprawdę. Zawsze widuję go zza lady.
- No cóż. Jak chcesz, ale jeśli na balu maturalnym zamierzasz być jedyną samotną dziewczyną to spoko.
- Kim, do balu maturalnego jeszcze 6 miesięcy. Pozatym nie jedyną. A ty? Chyba Cody wyjechał z miasta? Choć dawno już z nim zerwałaś. Miejmy nadzieję że spotkamy jeszcze kogoś kto wart jest naszej uwagi.
- I w to wierzmy. - dodała Kim wchodząc do sali.
Razem z nią zajełyśmy ławki po środku klasy. Z tyłu oczywiście Rebecca Lestersson całowała się z najprzystojniejszym chłopakiem w całej klasie - Jackiem Dennellem. Spojrzałam na nich przez ułamek sekundy. Nagle rozbrzmiał dzwonek. Do klasy wszedł pan Greason. Fizyka była niezwykle nudna. Greason kazał nam zrobić masę zadań w zeszycie a sam zaczął poprawiać nasze wczorajsze sprawdziany. Zrobiłam zadania dość szybko, może dlatego że były bardzo proste. Lub dlatego, że dlatego że fizyka była dla mnie prosta. No może tak w 70%. Ogólnie moje oceny były przyjazne jak to nazywa pani Rowielld od algebry. Ale nie nudziłam się. Bo moje dzieło z dzisiejszej lekcji fizyki to:
3 powody dlaczego ja i Luke nigdy nie będziemy razem.
1. Traktuje mnie jak małolatę.
2. Jedyne co o nim wiem to że nazywa się Luke Perrston i pracuje w Starbucks.
3. Nie znam go. A co jeśli okaże się że jest chamskim pedofilem, a ciepły i miły charakter to tylko "maska" do pracy.
Najbardziej w nich niepokoi mnie ich liczba. On jest tylko moim znajomym. No cóż, pożyjemy, zobaczymy. A nóż, okaże się że ma dziewczynę i są szczęśliwi. Nie byłabym skłonna i nawet nie chciałabym im tego psuć. Rozbrzmiał dzwonek. Wszyscy zerwali się z krzeseł i zbierali podręczniki. Kim podeszła do mnie. Razem ruszyłyśmy w stronę szafek. Położyłam na półce podręcznik do fizyki i zabrałam książkę do algebry. Kupiłyśmy razem coca colę w maszynie obok i przysiadłyśmy na schodach do szkoły. Wokół były różne osoby. Znałam z nich jakieś 80%. Niestety kilka stopni niżej siedziała Rebecca z  Jackiem. Obie zgodnie nie miałyśmy zamiaru oglądać ich aż za bardzo wymownych czółości więc przesiadłyśmy się. Otworzyłyśmy cole i zaczęłyśmy się rozkoszować długą przerwą.


Ahh. Palce mnie bolą ale jestem zadowolona. Jest niezłe jak dla mnie rzecz jasna :) Wstępnie niewiem ile będzie rozdziałów ale zapowiadam - sporo. Mam dużo pomysłów na perypetie Juliett. Więc bądźcie czujni - następny rozdział już niebawem! Do zobaczenia! :)

poniedziałek, 10 stycznia 2011

Rozdział 1

Rozpiera mnie energia żeby napisać go jeszcze dziś więc voilla! Nad tytułem musze jeszcze pomyslec :P sami zobaczymy jak to wyjdzie ;)  Z góry przepraszam za błędy ortograficzne i interpunkcyjne :P To nie jest moja mocna strona xdd Zaczynam :P

Rozdział 1
Dzyyń..!!!!!!!!!!
Moje uszy przebiegła fala najbardziej znienawidzonego przezemnie dzwięku.  To mój cudowny budzik z wielką Audrey Hepburn na wyświetlaczu za 5 dolarów z targu 3 przecznice od Times Square. Ale byłam wytrwała. Nie zwlekłam z mojego łóżka ani jednego palca. W zasadzie to dźwięk budzika był już dla mnie codziennością więc, aby się przebudzić ustawiałam go na maksi głośność. Choć i tak to niewiele dawało. Nagle rozległ się wielki huk. To był samochodowy klakson. Zsunełam się powoli z łóżka. Niemiły klakson znowu rozbrzmiał. Wyjżałam przez okno. Jego sprawcą był łysy, wąsaty kierowca ciężarówki z czapką Mettsów. Krzyknęłam jakąś wyrazistą wiązankę włoskich słów, których nauczył mnie mój kuzyn i wróciłam do łóżka. Niestety sen przerwał mi krzyk, znajomy, prawie tak znienawidzony jak dzwonek budzika.
- Julie! Julie! Juliett! - mama zwoływała mnie na dół, nic nie odpowiadałam - Juliett! Juliett Aleksandro Marie Ann Madison, jeśli w przeciągu 10 sekund nie zejdziesz na dół to obiecuję, że obetnę ci całe miesięczne kieszonkowe co do grosza!!
Wydałam z siebie jęk przypominający wycie umierającego mamuta. Ale wreszcie podniosłam się, wcisnęłam stopy w kapcie z Hello Kitty i zlazłam na dół z prędkością żłówia. Na dole mama czekała na mnie w kuchni.
- Wiesz, nie żebym się znała, ale dla mnie to było 10 minut.
- Mamo, wyobraź sobie, że nie wszyscy na świecie są jak to zwiesz "rannymi ptaszkami", a napewno jeśli ktoś kto ma przed sobą 10 totalnie nużących lekcji, na których podporą umysłu jest tylko i wyłącznie latte macciatto ze Starbucksa.
-Kochana, ty dziś naprawdę prosisz się aby obciąć ci kieszonkowe.
- Spokojnie, ta twoja kara jest niezbyd ostra bo moja miesięczna kasa jest minimalna.
- Może by nie była gdybyś jej nie wydawała na "Vogue'a" !!
- W woli wyjaśnienia, moda to moja pasja, a Vogue jest ucieleśnieniem moich marzeń! Kto wie być może, nim się obejżysz twoja córka zostanie redaktorką naczelną Vogue'a, będzie siedziała w pierwszym rzędzie na pokazie "Fendi" wymieniając zdania z Anną Wintour i popijała kawę w prestiżowej restauracji przy stoliku z Karlem Lagerfeldem!! A tak pozatym ja przynajmniej nie kupuję " Bądź szczęśliwa w łóżku"!!
-  To magazyn dla dorosłych. Myślałam, że 18-latka rozumie takie rzeczy.
- Jakie? Wytłumacz mi.
- Może to, że twoja matka idzie dziś wieczór na randkę.
- OOO... to znaczy że ta książka ci się przyda?  Może porady autorki? Wiesz mamo nie znałam cię od tej strony.- I tu strzeliłam arogancki uśmieszek w stylu " ha na to już nie odpowiesz co?"
- Julie! Skończmy się kłócić. Nie obetnę ci kieszonkowego, a ty nie będziesz myślała o swojem matce jak o kimś kto idzie z mężczyzną w dalsze kontakty już na pierwszej randce. Okej?
-  Dobra.Nigdy tak o tobie nie myślałam. - Mama przytuliła mnie, ale nie pozwoliłam już pocałować się w nos jak to lubi robić. To tylko na awaryjne sytuacje, gdy naprawdę się pożremy.
- No a teraz lepiej się wybieraj bo nie żeby coś ale masz na 8.00 do szkoły.
- No nie żeby coś mamo, ale ty masz na 7.00 do pracy. - powiedziałam wskazując na wielki zegar za nią.
- O kurcze. Aha, Julie kup dziś Vogue'a!
- O a co to za odmiana ?
- Żadna, ale dziś wieczór muszę wyglądać świetnie, a tam z tego co mówisz jest napisane....
- Tak, tak kupię. Ale mam pytanie. Z kim ty do jasnej ciasnej tam idziesz!!!!!???????!!!!!!?????
- Z Andrew Kettler, wiesz tym co pracuje Quilly Market.
- Aha! Wiedziałam! Wy dwoje.. ahh. Pozatym jest spoko, daje mi zawsze snikersy za darmo.
- No tak, tak . Lece paa!!
- No paa! Wyjżałam przez okno jak mama łapie pierwszą lepszą taksówkę i jedzie na Times Square do biura adwokackiego "Sailow and bucker"  .
Stałam tak chyba 2 minuty, poczym poszłam na górę szykować się do szkoły.

Noo.. Niezbyd długi, ale następny będzie dłuższy. Napisze go w wolnym czasie, a znając wtorki to po szkole nie bedę miała za dużo roboty. Więc mam nadzieję że wam się podobało bo jak dla mnie całkiem spoko :) No to do następnego posta! ;D