piątek, 11 marca 2011

Rozdział 5

Sory po raz kolejny za długą przerwę. Te podania, testy i wgl zawał w szkole na łeb na szyję..Ale jestem naładowana pozytywną energią dzięki cudownemu komentarzowi pod rozdziałem 4 :) Chciałabym dedykować ten post mojemu gościowi iguni12.97 :)Dzięki za miłe słowa. Postaram się nie zepsuć tego co już stworzyłam :D Więc zaczynam.


Rozdział 5
                 Z natury hipisi są dość spokojni. Bardzo dosłownie. Czasem nawet zbyd dosłownie. Z reguły społeczeństwo nie rozumie ich, uważa za wyżutki na starych śmieciach normalności. Przynajmniej w Nowym Jorku. I przynajmniej dla hipisów. Ja, hipiska coś o tym wiem. Czasem myślę, że nawet za dużo. No taki John Lennon, co on takiego zrobił ludziom? Czy aż tak niektórych uraziło jego pozytywne wyobrażenie świata w piosence Imagine? Zero pozytywnego myślenia. ZERO! Choć teraz, niejestem od nich o niebo lepsza.
               Przez czarną warstwę zaczęły przebijać się złociste promienie słońca. Niechętnie przetarłam zaspane oczy i przysiadłam na łóżku. Kątem oka spojrzałam na śpiącą Kim. Nie miałam serca jej budzić. Wiele wczoraj przeszła. Ma bardzo lekkie nerwy i każda nawet najmniejsza sprawa zawsze leży jej mocno na sercu. A już napewno spekulacje, iż jej tata...Sami wiecie co. Poprostu szkoda gadać. I tyle. Delikatnie wstałam żeby przypadkiem jej nie obudzić. Włożyłam stopy w kapcie i bezszelestnie podeszłam do torby z ciuchami, które wczoraj jednym ruchem wydarłam z szafy jak opażona. Sama właściwie nie patrzyłam co biorę. Okazało się, że do mojej ręki dotarły czarne legginsy, koszulka z koncertowym zdjęciem The Beatles, szary sweter i chusta w panterkę. Trzeba mieć wyczucie żeby bez zastanowienia skompletować całkiem niezły zestaw.
                Wzięłam ubrania, kosmetyczkę i na palcach przeszłam przez cieńką, błękitną zasłonkę dzielącą pokój Kim z jej łazienką. Żuciłam ciuchy na dywanik i przemyłam twarz zimną wodą jak to robie codzień rano na przebudzenie.Wzięłam szybki prysznic, umyłam zęby, ubrałam się i biorąc piżamę pod pachę ruszyłam spowrotem w stronę sypialni. Szybkim ruchem odłożyłam rzeczy do torby, gdy nagle usłyszałam głos za moimi plecami.
- Ja w to nie wierzę. - to była Kimberly. Siedziała na łużku ocierając zaschłe łzy. Podeszłam do niej, przysiadłam obok, a ona położyła mi głowę na ramieniu. - Tata by mnie nie okłamał.Wiem przecież, że to nie jest mój tata, ale on był z nami odkąd pamiętam.- To prawda. Prawdziwy, biologiczny ojciec Kim zginął w wypadku jadąc do jej mamy do szpitala, która była dzień po jej urodzeniu. Tragiczna historia. Chociaż właściwie, ja też chciałabym wiedzieć więcej o moim tacie niż to, że zginął w wypadku nim wogule zdążyłam go zapamiętać.Choć teraz właściwie nic nie trzymało się już kupy. - Powinnam się go zapytać.
- Nie! Kimi poczekaj jeszcze trochę! Lepiej nie dzielić się tym z nikim. - mówiłam właściwie  mimowolnie. Sała chciałam się dowiedzieć prawdy. Jak najszybciej. Ale rozsądek mówił mi że tak będzie lepiej. Przynajmniej dla Kim, bo dla mnie nie zabardzo. - Może wszystko się wyjaśni nim zdązymy kiwnąć palcem.
- Czymś to ja zaraz kiwnę jak nie okaże sie że to wszystko to nie jest zły sen.
- Niestety nie kochana to nie jest żaden koszmar. Ale kiwianie nikim ani niczym tu nie pomoże. Musisz uzbroić się w cierpliwość.
- Mówisz jak automatyczna sekretarka gdy dzwoniłam bo telefon mi się zaciął. - była widocznie podminowana. I okazywała to mocno pomimo iż zawsze chamowała się na tyle na ile potrafiła w danej sytuacji.
- KIM! Uspokuj się! Przesadzasz! Naprawdę musisz przystopować!
- Chyba masz rację..
- Nie chyba tylko napewno. Narazie zachowuj się jakby nic nigdy się nie stało. Wynik sprawy wyjdzie w praniu
-No ja myślę. Pozatym tata wyjechał na delegację. Wraca na dwa tygodnie. - Odetchnęłam z ulgą. Oczywiście we wnętrzu. Bo szczerze mówiąc bałam się zostawić Kimi sam na sam z ojcem. Napewno nie wytrzymałaby. Nie żebym w nią nie wierzyła ale znam ją dość dobrze by sądzić że mogło by stać się inaczej.
                          Wstałam i spojrzałam na zegarek na którym jak byk pisało 11.23. Pisnęłam jak kura i żuciłam się w stronę torby.
- Muszę lecieć. Byłam pewna, że jest wcześniej. Mam na 13.00 do pracy, a chciałam jeszcze wstąpić do domu. - Nienawidziłam moich sobotnich zmian. Nawet jeśli byłam w galerii do tego w moim ukochanym H&M. W sobotę mamy zawał klientów. A jednak siedzenie od 13.00 do 16.00 nie należało do moich 10 ukochanych czynności nawet jeśli kiedykolwiek miałabym skompletować tę listę.
- Julie czekaj! - obejrzałam się w stronę Kim. Podawała mi tusz który upuściłam. - Zadzwoń pa!
- Pa! - żuciłam i wybiegłam łapiąc pierwszą lepszą taksówkę. Na moje nieszczęście trafiłam na facedta w podeszłym wieku, który w kółko i w kółko puszczał piosenkę country z której można było wyłapać tylko "Tam ti dadi dadi dadi bum bum jjjiihaa!". Na moje kolejne nieszczęście podróż do domu dłużyła się  niemiłosiernie, a gdy już wyszłam tuż przed drzwiami do domu w głowie bębniały mi strzały i rżenie konia. Zgadnijcie z jakiej piosenki?
                       Rekordowo szybko wygrzebałam w torebce klucz i przekręciłam go. Na ganku jak zwykle witały mnie obrazy impresonistyczne mojej mamy (kryzys wieku średniego) i meble celowo postarzone. Na białym stoliku leżały zdjęcia. Między innymi mojej mamy na plaży z jakimiś półnagimi ratownikami (niepytajcie) oraz moje i Kim. Nagle w mojej głowie rżenie konia zdominował szloch Kim. Niewiem dlaczego ale jednyne co czułam to myśl bijąca się w moim mózgu jak bokser na ringu. "Zapytaj się! Zapytaj się! Zrób to dla Kim!!"
- Hej Julie! Jak było?- żuciłam te słowa mimo uszu. Dalej słyszałam tylko to dziwne namawianie - Haloo!? Julie jesteś ?? - mama wyszła na ganek i spojrzała na mnie.
- Mamo czy kiedykolwiek łączyło cię coś z tatą Kim? - wypowiedziałam to. WYPOWIEDZIAŁAM TO! Mimowolnie i spontanicznie. Mama stała jak wryta gapiś się na mnie pytającym wzrokiem.


Ahh.. To tyle :) Mam nadzieję że sie podoba :D Do zob kochani!