niedziela, 5 czerwca 2011

2 w 1, czyli jak zepsuć sobie weekend.

Dzień dziecka za nami!! Hulajj duszoo! :D ha ha coś mnie na to zdanie wzięło. Postanowiłam podzielić się z wami moimi niezużytymi pokładami pozytywizmu i napisać nową notkę. Jak pewnie zauważyliście wprowadziłam na blogu zasadnicze zmiany. Nagłówek wiem, ozimnił klimat ale jestem zmienną osobą. Cytat pochodzi z jednej z moich stałych pozycji na playliście i co ciekawe z 2 postu. Pamiętacie piosenkę którą Julie słuchała gdy wybierała się do szkoły? Tak to ta :) Hymn hipisów zagościł na moim blogu. Mam jeszcze sporo pomysłów na urozmaicenie tych pustych bocznych kolumn ale to jeszcze małe iluzje. Od tego postu zmieniam również temat rozdziałów. Zamiast smętnego numeru rozdziału będą widniały słowa streszczające najważniejsze wydarzenia w poście. Np. gdy post byłby o gradzie wielkości jajek i soku bananowym nazwa była by czymś w stylu "Jajkowa rewolucja i bananowy shake" :D ha ha ale te tematy mocno odbiegają od tematu książki. Dodatkowo w bocznej kolumnie dodałam zdjęcia i opisy głównych bohaterów. Tak wiem, wiem to znani aktorzy, modelki itp. Ale wolałam wybrać kogoś znanego niż byle jakie lachony z Google a potem mieć krótko mówiąc przesranee. I błagam bez komentarzy typu” o Ian Ian, o Nina,Nina!” poprostu wybieram ich próbując choć troche urzeczywistnić moje wizje ich wyglądu. Posługuję się również tym jak ich sobie wyobrażam pod względem m.in. takim, jaka jest ich „atrakcyjność” (;D). Więc np. (nie zabijać nie zabijać!) Nina jest ładna ale bez szału nad tym zdjęciu wiec tak mniej więcej wyobrażam sobie wizerunek Kim. A Vanessa której nie trawię ma dla mnie taką twarz że Rebbecca z niej po prostu wyśmienita! Acha i jeszcze jedno. Od razu mówię: nie jestem fanką Pamiętników Wampirów! Po prostu czytałeś jak wybieram więc sam chyba logicznie rozumujesz :D P Przechodzę do posta.. Ale ale jeszcze dedyk! Hmm,hmmm... może tym razem.....a już wiem. Obietnica na wagę złota. Ten post dedykuję Danielowi mojemu kolejnemu kuzynowi :) Żeby dalej wysadzał jakieś rzeczy w starych szafkach i pisał ze mną i Marcinem ogłoszenia o sprzedaży cielaka :) ha ha :P Okss teraz post..



2 w 1 czyli jak zepsuć sobie weekend
W naszej szkole prowadzono zajęcia psychologiczne. Najlepszy w nich był nauczyciel, pan Gordon Larrel, gdyż do złudzenia przypominał Hagrida z "Harrego Pottera". Oczywiście, że nie mam nic do ludzi większych gabarytów, ale dobieranie długiej brody i krzaczastych włosów do masywnej budowy ciała daje efekt raczej kloszardowy. Ale dla zrównoważenia naszych uwag na temat tych zajęć Pan Gordon prowadził je fajnie. Nie był jak większość stereotypowych nauczycieli. Na jednej z lekcji rozmawialiśmy o mowie ciała. Podobno "stać jak słup soli" można różnie odbierać. Można stać nieruchomo ze strachu. Ciało się wtedy spina a każdy ruch pokazuje jak wielki jest nasz strach. Stawanie prosto, nieruchomo może też oznaczać pewność swojej racji. Gdy 100% zapewnienie o prawidłowości swojej teorii rozchodzi się po całym ciele, usztywnia je na znak wyższości. No i wkońcu to trzecie odbieranie tej znajomej metafory. Można stać jak słup soli gdy coś nas zaskoczy, speszy czy "odbierze mowę". Wbrew opiniom, ta postawa jest mi znana. W tym momencie chyba nawet zbyt znana.
Mama stała jak słup soli w trzecim tych słów znaczeniu. Gapiła się na mnie jak baran którego widziałam we wakacje u mojej babci na wsi. Stała tak i stała. W końcu wreszcie wyjąkała:
- Jul o czym ty do jasnej ciasnej mówisz?! Coś ci chyba strzeliło do tego brązowego łba. Zapewne gdybyś nie przyjaźniła się z Kim nie znałabym go.
- Och przestań marna z ciebie aktorka. – mama ciągle opowiada jaka to ona nie była wspaniała grając w liceum w sztuce opartej na „Rzymskich wakacjach” księżną Annę. Błagam, niby ona miałabyś tak dobra jak moja ukochana Audrey Hepburn? Ona za to przecież dostała Oskara! Mama mogła by dostać za to co najmniej złotą malinę.
- Słuchaj Jul, ja muszę iść do pracy więc mówię to ostatni raz. Niewiem co ci strzeliło do tego brązowego łba, ale..
- Wiesz co mi strzeliło, to mi strzeliło, to zdjęcie mi strzeliło!!! – wyjęłam z torby pogniecione zdjęcie – dowód. Tak, tak zwędziłam je od Kim. Tak, tak ona o tym nie wie. Tak, tak jestem zła, spokojnie, bywa i tak.
Chociaż wzięłam absolutnie minimalną liczbę atrybutów, które w mocnym zaokrągleniu stanowią ok. 50% tego co potrzebuję do spędzenia nocy gdziekolwiek i ile tych nocy by niebyło, (Ale no cóż, usiłowałam się zmieścić do mojej torebki Aleksandra Wanga.  Kocham ją odkąd ją kupiłam, a była ona pierwszym zakupem na całkowicie moje, zarobione przeze mnie pieniądze. ) nie mogłam się doszukać tej fotki. Wreszcie, po długich a ciężkich odnalazłam ją gdzieś na dnie, pod kosmetyczką.
Szybko wysunęłam je, odwróciłam pozaginane rogi i podsunęłam mamie pod sam nos. Dosłownie. Mama złapała je i odsunęła od twarzy. Wyrwała je mi z rąk i z dziwnym wyrazem twarzy zaczęła je dokładnie przeglądać oczami.
- Matko Julie, nawet nie wiesz jak mi serce skoczyło. Ty wbiegasz do domu z jakąś straszna nowinką a tu zwykłe zdjęcie. Bawisz mnie, kotku. Muszę lecieć do pracy bo Steve mnie zabije.
- Czekaj. – złapałam mamę za rękę i przyciągnęłam ją powrotem do siebie. – Czy ty naprawdę nie widzisz tej kobiety?
- Owszem widzę.
- Kurde i co? Nigdy w lustro nie patrzyłaś?
- Jul, patrzyłam muszę iść spóźni…
- I? Własnej twarzy nie poznajesz? – byłam totalnie zdziwiona.  Albo mama siebie nie poznawała albo my z Kim się pomyliłyśmy i to nie jestem ja a to nie jest mama? Może ten kocyk jest używany i mama kupiła go w szmaciaku za dolara?
- Jeju Julie, mamy takich zdjęć w domu co najmniej 5. Co jest w nim dziwnego powiesz mi bo nie do końca rozumiem tej twojej afery.
- Mamo, kurcze, to ja??
- Nie wiesz, moje stare dziecko. Błagam Jul nie bądź dziecinna.
- Mamo to jest tat.. ojczym Kim. Co on do jasnej cholery tu robi bo nie obczajam tego????!!- ja nie mówiłam już tak spokojnie. Byłam widocznie podenerwowana.
- Przestań, gdyby nie wasza przyjaźń nawet bym go nie znała. Znowu coś ci strzeliło…
- To niby kto to jest co?
- Ee..- mama zająkała się co może oznaczać tylko jedno: TO MUSI BYĆ ON! – mój kolega ze studiów, Keith Fisher. Błagam nie mów że go nie pamiętasz, moja stara miłość…wiesz, zresztą musze lecieć paa będę późno. A nie zapomnij o zaproszeniu!
- Aha..o. To inna spra.... Co o jakim znowu zaproszeniu?! Co ty pleciesz?
- Och Jul, już zapomniałaś? Dziś osiemnastka Paul’a! Chyba nie opuścisz takiego ważnego dnia dla twojego kuzyna? – O masakra… Znowu wlec się do New Jersey… o nie mogę.. 
- Pojadę pojadę…
- Na lodówce masz kasę, kup mu coś przyzwoitego..
- Tak, chyba wódę.
- Osiemnastka to osiemnastka..
- Ja dostałam wino
-  Kup mu coś i tyle.. lecę paa!
- Idź już, bo się spóźnisz, no pa pa!! – mama wybiegła z domu i złapała taxi.
Westchnęłam głośno i weszłam po schodach do swojego pokoju. Rzuciłam z hukiem torbę i opadłam na łóżko. Sięgnęłam po zegarek ze stoliczka przy łóżku. Matko już 12.00! Za godzinę muszę być pracy! A potem do domu i do Paula… właściwie gdzie ma być ta osiemnastka? Wątpię ażeby wuj Carlos i ciocia Gertrude pozwolili mu na domówkę. Z nie chęcią wstałam z łóżka. Odpaliłam laptopa i wyjęłam telefon z iPhona i wybrałam kontakt „Paul G.”. Kliknęłam opcję „wyślij wiadomość”. Napisałam:
„Hej, Paul. Gdzie właściwie ma być to twoje party?”
Nie wysilałam się specjalnie z treścią. Nawet na to nie miałam siły. Zbiegłam na dół do kuchni. Zajrzałam do garnka. Taakk! Spaghetti! Przynajmniej tyle! Nałożyłam sobie dość sporą ilość makaronu i sosu. Miałam nadzieję, że przynajmniej to doda mi sił. Zabrałam talerz widelec, szklankę soku i ściereczkę. Wróciłam powrotem do pokoju. Mój telefon piszczał na znak nowego sms’a. Oczywiście takowy był od Paula:
„Yo J. Dziś od 20.00 w „Black Cat” w New Jersey na Pace Street. Zabawa przez całą noc! Nie będziesz jedyną Nowo Jorką. Do zob J.”
Przynajmniej jest metro pod Pace Street. Nie będę musiała się wlec na drugi koniec New Jersey.
Rzuciłam telefon i zaczęłam rozkoszować się Bolognese. Rozkosz jednak nie trwała długo. Zaniosłam talerz na dół i wbiegłam do mojej mini-garderoby. Wybrałam outfit do pracy. Zmieniłam wcześniejszy z dwóch prostych powodów:
1.      Słońce tak świeciło, że mało co a była bym smaczną kiełbaską
2.      Ubrudziłam spodnie i koszulkę Bolognese.
  Przepakowałam się do czarnej torebki i wyszłam z domu. Na szczęście do H&M miałam niedaleko. Podchodziłam właśnie pod Starbucksa przy którym był H&M. Zazwyczaj mi to nie przeszkadzało, ale dziś dla odmiany tak. Dlaczego? Bo miał w nim zmianę Luke. Widziałam go wyraźnie przez szklane ściany i nie miałam wątpliwości – TO BYŁ ON! Tylko jak przejść niezauważoną koło szklanych drzwi na wprost niego? No cóż, to nie był czas na namysł. Przeszłam szybkim krokiem obok ścian ii… jest, niezauważona!! Juhuuuu!! Weszłam do H&M. Już od progu witały mnie cudowne ciuchy. Podeszłam do kas.
- No jesteś młoda. Już myślałam, że się spóźnisz. Kayce dostałaby chyba białej gorączki. – to Mariah, również pracowała w H&M. Ma zaledwie 21 lat a nazywa mnie dziecko. To tylko 2 lata różnicy! Niektórzy musza chyba się dowartościowywać. Nie żebym jej nie lubiła! Jest całkiem spoko, choć nie rozumiem dlaczego podjęła pracę właśnie w H&M. Dlaczego? Bo jest Gotką. Nosi masywne glany, długie suknie, i tragicznie obciskające gorsety wyszywane podobiznami czaszek. Często gdy ubieram się mocno hipisowsko (w końcu jestem hipiską niee?) ludzie śmieją się widząc nas przyjaźnie rozmawiające.
- Ehh.. nawet nie mów, że jest dziś w pracy. Miałam nadzieję urwać się wcześniej. Musiała przyjechać nas sprawdzić dokładnie dzisiaj? Kurde ja to mam szczęście.
- Co ty taka nie w sosie?
- Byłam w sosie. Nawet Bolognese, tylko zmieniłam koszulkę.
- Wiesz o co mi chodzi.
- Szkoda gadać. Dosłownie. Najchętniej walnęłabym się na łóż….
- Madison przyszła? Dajcie mi tu tą… Jesteś wreszcie! – to była Kayce, nasza szefowa. Jestem ciekawa co powiedziałaby gdybym jeszcze dochodziła.- Mam dla ciebie pierwsze zadanie. Leć do Starbucksa bo cappuccino. Chcecie coś jeszcze? – nie nie nie! Mogę lecieć nawet do Waszyngtonu byle nie do Starbucksa!
- Ja właśnie miałam….
- Nie gadaj tylko idź. – nalegała Kayce
- Ehh…- mus to mus. Tylko durny mus! – Coś jeszcze?
- Ja też cappuccino! – krzyknęła Mariah
- I Donuty! Najlepiej czekoladowe.
- Idę..- Wyszłam z H&M. Podbiegłam pod Starbucksa. Prawie przekroczyłam próg ich szklanych ścian. Wzięłam głęboki oddech. Wciągu ułamka sekundy przed oczami przebiegł mi namiętny pocałunek Luka i Rebbeccki. A już prawie o nim zapomniałam. Dobra idę. Na pewno mnie wtedy nie widział. Nie ma nawet takiej opcji.
Uchyliłam lekko szklane drzwi. Niestety Luke dalej miał zmianę. Kurcze mógłby iść na przerwę. No cóż. Jedziesz Jul. Jedziesz!! Weszłam. W tych godzinach Starbucks miał spory ruch. Były dwie kolejki. Jedna, króciutka do Luka. Stały w niej może 3 osoby. I druga, długa do jakiegoś gościa. Zgadnijcie w której stanęłam. Wybraliście drugiego gościa? Bingo! Przede mną było jakieś 10 osób. Stałam tak i stałam. Oglądałam ludzi biegających w pośpiechu po Times Square. Nagle moją zadumę przerwał cudowny, aksamitny, męski głos. Niestety znany mi.
- Jul? To ty? – i zdemaskowana. Blada dupa!
Odwróciłam delikatnie i nieśmiało głowę w jego stronę. Na domiar złego puściłam uśmiech w stylu „ Jestem głupia i mam zatwardzenie słowne”.
- Hej, chodź do mnie nie ma sensu czekać aż Phil wykona te wszystkie zamówienia. – Niechętnie przeszłam do jego kolejki.
- Nie wstąpiłaś po szkole. Zapomniałaś o piątkowych muffinowych party? – nie pytać! Dobra, przed wczorajszym niemiłym widowiskiem z Lukiem i Rebbeccką w rolach głównych mieliśmy z Lukiem nasz hmm.. jak to nazwać.. piątkowy obrzęd. Nic wielkiego, siadaliśmy po szkole przy stoliku w Starbucksie i wcinaliśmy muffiny, które on dostawał za darmo co piątek jako pracownik. Wiem zapewne wyglądaliśmy jak parka. Ale czego się nie robi dla starbucksowych muffin!
- Emm.. szłam do Kim. Przepraszam powinnam ci wcześniej powiedzieć.
- Spoko, zjadłem je z Damonem. – ta, pewnie z Rebbeccką. – Więc co dziś?
- Ee.. dwa cappuccino jedno z cukrem drugie bez, latte macciatto z mleczkiem i donuty zestaw duży.
- O.. coś większego.
- Do pracy
- A, to co innego. Się robi. – Luke puścił mi ten jeden z uśmieszków na który łapała się każda dziewczyna którą obsługiwał.
Nie minęły 3 minuty w przyniósł mi całe zamówienie.
- Dzięki.. Emm.. to..cześć.
- Do potem! – obróciłam się i.. stanęłam jak wryta na środku Starbucksa. Do potem? Dziwne.. Jak.. kiedy… co … Nieważne. Coś mu się pomyliło i tyle.
Wróciłam szybko do H&M. Moja dzisiejsza zmiana przebiegła zaskakująco szybko. W sobotę mamy spory ruch, ale godziny otwarcia są krótkie. Była 16.30. Do końca zmiany zostało mi 30 minut. Gdyby udało mi się wyrwać już teraz doszłabym do domu, potem przebrała się, wybrała i ruszyła metrem do New Jersey. Metro wyjeżdża spod najbliższej mojemu domowi stacji o 17.45. W dobrym wypadku byłabym na miejscu ok. 18. 45. Spokojnie zdążyłabym kupić mu prezent i być na czas na imprezie. Gdybym jednak nie wyrwała się wcześniej a mój poślizg wynosiłby aż 30 minut wtedy, byłoby dużo gorzej.
- Mariah…
- Nie zastąpię Cię. Widzisz jaki jest ruch. Nie dam rady obsługiwać Tylu klientów w duecie z początkującą Jessicą.
- Proszę, musze jechać do New Jersey jeszcze dziś. Jeśli zaraz nie wyjdę, spóźnię się na metro.
- Weźmiesz taxi.
- Nie przelewa mi się aż tak aby brać taxi do New Jersey.
- Nie ma nawet takiej mowy. Zapomnij.
- Mariah, błagam. Błagam!
- Eh. Masz u mnie wielki dług.
-Dzięki wielkie dzięki! Lecę
- Idź już, odrobisz to pół godziny kiedyś, nie bój się.
Wybiegłam z H&M, i pędem dobiłam do domu. Zajęło mi to mniej czasu niż przypuszczałam. Przynajmniej mam więcej czasu na dobranie outfitu. Wyciągnęłam ciuchy, rzuciłam w mojej ubikacji  i wskoczyłam pod zimny prysznic. Jak cudownie! Dziś dzień był wyjątkowo gorący.
Wyszłam z kabiny, wytarłam się, i doprowadziłam do ogólnego ładu. Wchodząc z powrotem do pokoju spojrzałam na zegarek na laptopie. 17.30!!! Mam 15 minut do metra! Chwyciłam torebkę i wybiegłam z domu jak oparzona.
Do stacji metra miałam jakieś pół kilometra. Podeszłam zwartym krokiem. Na szczęście zdążyłam, nawet byłam przed czasem. Wsiadłam i zajęłam miejsce, miałam przed sobą kawał drogi.
Kochałam metro za jedną, jakże ważną rzecz. Jest kopalnią, indywidualności, ciekawych innych osób. Ja kocham oryginalne osoby. Dzisiaj na przykład, obok mnie siedział jakiś Got. Zdecydowanie pasowałby do Mariah. Miał na sobie wielkie, masywne martensy, czarne luźne spodnie spodnie podziurawione i pospinane agrafkami, pomiędzy, którymi gdzie niegdzie naszyta była czaszka lub jakiś gotycki znaczek. Na górę ciała włożył   Wielką koszulkę z logo Korn’u i czarny, skurzany płaszcz. Przede mną siedziało dwoje ludzi. Kobieta i mężczyzna. Kobieta była widoczną artystką. Długie kręcone włosy, upięte delikatnie kolorowymi wsuwkami, długa sukienka w esy floresy, baleriny, i półcienna torba w blokiem i ołówkami. 100% artystka. Zato facet,  był elegancikiem. Spodnie dokładnie uprasowane, koszula włożona w spodnie, nienaganny krawat i marynarka. Nawet nie mówię o butach. Lśniły tak, że mogłam się w nich przejrzeć. Wokół mnie było jeszcze kilka osób. Moją uwagę przykuł wysoki brunet w wieku mojej mamy. Siedział tyłem do mnie, trzymał na kolanach aktówkę i czytał New York Times’a. Wydawał mi się znajomy. Ale widziałam go od tyłu, zresztą nie wyróżniał się niczym specjalnym. Po prostu skądś go znałam  i tyle. Modliłam się żeby odwrócił się, lub wysiadł żebym mogła zobaczyć kto to. Ale on siedział i siedział. Dojeżdżaliśmy powoli do mojej stacji. Zaczęłam wstawać. Ku mojemu zdziwieniu to samo zaczął robić ten facet. Złożył gazetę, wsunął ją do aktówki, złapał do ręki marynarkę i wstał z krzesła. Metro stanęło. Drzwi otwarły się a ja wysiadłam jako pierwsza. Stanęłam na stacji, patrząc się kątem oka kto wysiada. Grzebałam w torebce dla niepoznaki. Wreszcie wysiadł i facet. Nie, nie…. Co..?.. Stanęłam jak wryta w brudne płytki stacji. Upuściłam torebkę. Wypadły klucze, chusteczki, pomadka, telefon i jakieś inne pierduły. Nie miało to dla mnie teraz najmniejszego znaczenia. Nawet ich nie pozbierałam. Gapiłam się i gapiłam. Na faceta. Na Richarda Collinsa. Na Richarda Kurta Michaela Collinsa. Ojczyma Kimberly Collins, mojej najlepszej przyjaciółki. W ekspresowym tempie zabrałam torebkę i podeszłam pod kiosk. Ukrywałam się za jego ścianką obserwując z ukrycia Richarda. On wyjął telefon i wybrał jakiś numer. Patrzyłam na niego nie przerwanie.
- No hej. To ty dalej masz mój numer? No poco dzwonisz? – Richard z kimś rozmawiał. Tylko z kim?? – Przestań panikujesz. Znalazła jedno zdjęcie, wielkie halo. Poza tym uwierzyła w twoją bajeczkę. – nie wierzyłam własnym uszom. Nie chciałam. To co słyszałam było niewiarygodne i szokujące. On może rozmawiać tylko z jedną osobą, z moją mamą. – Madeline, nie mogę teraz rozmawiać –kolejny dowód, że to moja mama. W końcu ona ma na imię Madeline! – oddzwonię, wtedy opowiesz mi wszystko spokojnie, jeszcze raz.  Pa.
Richard schował telefon do kieszeni i odszedł w swoją stronę. Ja stałam przy kiosku oszołomiona. Wzięłam głęboki oddech. Musiałam sobie wszystko racjonalnie poukładać. Ruszyłam na miasto. Ekspresowym tempem przeszłam przez galerię handlową. Kupiłam mu jakiś tam zestaw baseball’owy. Niewiem co to dokładnie było, każdym razie od lubię baseball. No i jak to na osiemnastkę Jacka Daniellsa. No cóż, wreszcie może pić.
Teraz zmierzałam już prosto do Black Cat. Droga nie była długa. Dość często bywam w New Jersey więc już trochę się obeznałam. Klub z zewnątrz był bardzo ładny. Zresztą  w środku też brzydki nie był. Ściany czarne, podłoga też, meble miały za to neonowe kolory. Wszędzie błyskały się neony, kolorowe lampy i ogólnie ktoś kto to urządzał, ma gust. Od progu powitał mnie Paul:
- Hej J. I jak?
- No super. Masz tu prezent. Zdrowia, szczęścia, niezłego dorosłego życia i wgl, wiesz o co chodzi. Nie umiem składać życzeń
- Wiem, hahahahaha. Rozgość się. Za ladą możesz zostawić torebkę. Aha, pamiętasz jak mówiłem, że nie będziesz jedyną Nowo Jorką dziś?
- No
- Więc, patrz kto też jest. Znamy się od niedawna. Chodzimy razem na baseball. – nagle jakaś czarna postać wstała z kanapy na znak Paula. Im bliżej była tym dokładniej ją widziałam. Teraz gdy była obok mnie, dokładnie wiedziałam kto to jest. Choć wolałabym raczej niewiedzieć.
- Hej Jul. Znowu się widzimy. – i po raz kolejny aksamitny bas gładził moje uszy. Tak. To on, Luke. Głowę miałam schyloną. Wolałam nie patrzeć mu w oczy.



Ta daammm! Tworzyłam go strasznie długo. Ale przynajmniej teraz nie piszcie, że jest za krótki. Hahaha :D Do zob, już mam pomysły na następny.   

2 komentarze:

  1. Rany!ty mnie po prostu dołujesz!Jak możesz przerywać w takim momencie?!Wiem, że to uwielbiasz, ale ja chce wiedzieć co dalej!!!;P Ale tak poza tym to super:D

    OdpowiedzUsuń
  2. Witaj droga Wikers. Z tej strony monitora macha do ciebie Katherina Ross/ teraz podpisująca się ~Igu. Dawno tu nie zaglądałam, bo szczerze powiedziawszy nie miałam czasu. Jednak teraz weszłam i co? Nic tu nie ma! Co to ma znaczyć! Ja chce ciąg dalszy, więc natychmiast siadaj do komputera i pisz! Nie cierpie jak ktoś zaczyna pisać bloga a później go zostawia! No dosłownie zostaje taki niedosyt, że nie wiadomo w co ręce włożyć! Pozdrawiam i Weny życzę.

    No i oczywiście jeśli chcesz możesz zajrzeć na któryś z moich blogów.

    Pierwszy tematyka potterowska
    www.corka-voldemorta-i-harry-potter.blog.onet.pl
    Drugi tematyka Naruto
    www.tamila-potepiona-lowczyni.blog.onet.pl

    OdpowiedzUsuń